piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 9

Wpadłam na pomysł na nowe opowiadanie. Na dole, pod notką znajdziecie opis. Bardzo was proszę o wyrażenie swojej opinii na ten temat.

Rozdział 9

                                      Iris


Harry zaprowadził mnie do ratusza. Tam wręczył mi mały palnik.
- Po co mi to?- zapytałam.
- Na serio jesteś taka głupia? – uniósł brew- Do czego służy palnik?- pokręciłam głowę.
- O nie… Nie ma mowy, że ich zabije a w dodatku podpale kiedy będą smacznie spali!- rzuciłam palnik na ziemie. Oczy Harry’ego pociemniały.
- W tej chwili podniesiesz ten palnik, który przed chwilą rzuciłaś na ziemię, pójdziesz z Adam’em do lasu, podpalisz szopę w której śpią te śmieci i zaczniesz się w końcu słuchać- zrobiłam krok w jego stronę.
- Ani. Mi. Się. Śni- wysyczałam w jego twarz i uśmiechnęłam się. Pożałowałam tego od razu. Zostałam spoliczkowana. Nie bolało tak bardzo, ale sam fakt, że miał czelność mnie tknąć był…
- Podnieś ten palnik- warknął.
- Nie- powtórzył czynność.
- Podnieś ten cholerny palnik- ponownie pokręciłam głową.
- Nie ma mowy- tym razem Harry się tylko uśmiechnął. Następnie chwycił mnie za rękę i przyciągnął pod okno. Wskazał Malcolm’a, który gawędził sobie z Noah’em.
- Widzisz tych swoich koleżków? Albo zaczniesz się w końcu słuchać, albo oni ucierpią i to porządnie. A z tego co już udowodniłaś, dla tych na których ci zależy potrafisz być lojalna. To ja będzie? Kogo wybierasz? Ich- kiwnął w stronę chłopaków- Czy łowców? – wpatrywałam się pusto w chłopaków. To była trudna decyzja, ale znałam odpowiedź. Wyrwałam rękę Harry’emu i poszłam podnieść ten palnik. Uśmiechnął się z dumą- Grzeczna dziewczynka. Chodź, Adam czeka- wyszliśmy na zewnątrz gdzie czekał już na nas ten psychopata- Ma wrócić żywa- oznajmił twardo.
- A cała?- zapytał Adam. Harry przez chwilę mi się przyglądał.
- Żywa- powiedział i skierował się ponownie do ratusza. Kiedy znów popatrzyłam na Adam’a uśmiechał się rekinim uśmiechem.
                                                    Dean
Postanowiliśmy przenocować w chacie po wilkołakach. Mieli ją nieźle urządzoną jak na psy. Trzymałem w ręce nóż Iris. Obmyłem go dokładnie z czerwonej mazi. Marzyłem, żeby okazało się, że to nie do niej należała krew. Próbowałem nie wyobrażać sobie najgorszych scenariuszy.
Przede mną pojawiło się piwo ( w dodatku moje ulubione). Spojrzałem do góry i zobaczyłem Luke’a.
- Znalazłem w lodówce- powiedział i chciał odejść.
- Zaczekaj- zatrzymał się. – Miałeś mi opowiedzieć co cię tu sprowadziło. – chłopak wyraźnie się wahał. W końcu zdecydował się usiąść.
- Mówiłem ci, że już mi nic nie zostało.
- A może rozwiniesz swoją wypowiedź?- zasugerowałem.
- Straciłem dziewczynę, kumpli, szansę na studia, a jedyną rodziną, która mi pozostała jesteście wy. Zadowolony?- mruknął.
- Zaraz. To znaczy, że…
- Tak! Moja mama też nie żyje i jestem sierotą tak samo jak wy! – poczułem się trochę głupio. Nie wyobrażałem sobie nigdy życia bez Sam’a i Iris. Byłem przyzwyczajony do roli starszego brata. Po śmierci rodziców miałem tylko ich, a on nie miał nikogo.
- Przykro mi- powiedziałem. Prychnął.
- Przykro ci- mruknął.
- Daj spokój, okej? Pojawiłeś się w nieodpowiednim momencie. Gdybyś zjawił się kiedy Iris by tu była sytuacja pewnie była by zupełnie inna. Myślisz, że łatwo mi, kiedy jej tu nie ma?
- Nie mam ci za złe, że się o nią martwisz. Po prostu jestem zły o to, że oceniasz mnie, nie znając mojego życia.
- Przepraszam, dobra? Przepraszam, że źle cię oceniłem. – powiedziałem o dziwo szczerze. Zapadła krepująca cisza. Miałem ochotę zapytać o tatę. Czy miał do niego żal za to, że odwiedzał go tylko raz w roku? Jak sobie radzi z tym, że on nie żyje, a dowiedział się o tym dopiero nie dawno?- Powiesz gdzie się nauczyłeś tak strzelać? – uśmiechnął się.
- Kiedy tata raz przyjechał usłyszałem jego rozmowę z mamą o tym, że w normalnych okolicznościach chciałby, żeby jego syn pracował w wojsku. Nie wiedziałem, że chodzi o któregoś z was więc żeby mu zaimponować zapisałem się na strzelnicę i zacząłem wiązać swoją przyszłość z wojskiem. I tak z biegiem lat stałem się doświadczony, ale z moich planów nic nie wyszło. – mina mu trochę zrzedła.
- Co się stało?
- Mały incydent związany, ze śmiercią mamy. Nieważne- machnął ręką.
- Powinienem się martwić? – pokręcił głową.
- To niczyja sprawka, więc nie. Ale miło, że pytasz. – w pokoju pojawił się Sam.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale myślę, że powinniśmy się już kłaść. Wstaniemy o świcie i zaczniemy poszukiwania. – Luke podniósł się.
- No to w takim razie dobranoc- powiedział i wyszedł. W międzyczasie do pokoju wszedł Julian i tez powiedział „dobranoc”. Kiedy ja i Sam zostaliśmy sami ten się do mnie uśmiechnął.
- Jestem z ciebie dumny, bracie- wywróciłem oczami.
- nie ma z czego. Po prostu pogadałem z młodym i tyle. Nie ma co drążyć tematu- chwyciłem piwo i wypiłem je duszkiem.- Dobranoc.
- Dobranoc- opowiedział i zgasił światło. Kiedy się położyłem mimo wszystko poczułem ulgę.
                                                    Iris
Kiedy szliśmy, Adam trzymał mnie mocno pod ramię. Nie rozumiał, że nie ucieknę. Na serio nie chciałam uciekać. W końcu stawka toczyła się o życie Malcolm’a i Noah’a. Doszliśmy pod chatę. Światła były zgaszone.
- Oni na pewno tam są?- zapytałam.
- Tak, kretynko. A teraz się zamknij i podpalaj- pchnął mnie w stronę domu. Zastygłam. Nie, musi być jakieś inne wyjście. Ja nie mogę tego zrobić. Jak na złość przed twarzą pojawiły mi się twarze Dean’a i Sam’a. A co jeśli oni byliby w tym domu? Wiem, że to raczej niemożliwe, ale jednak… Co jeśli gdybym zabiła własnych braci?
- Czemu sam tego nie zrobisz? To ciebie to podnieca, ulżyj sobie, a mi daj spokój- mimo, że było ciemno i tak zobaczyłam, że go wkurzyłam.
- Za każde wypowiedziane słowo przyłożę temu grubasowi. I to porządnie. Czas, start- spojrzałam na chatę. Zrobiłam niepewny krok w jej stronę, ale potem już się nie ruszałam. Nie mogłam- Rusz tą dupę, suko- syknął. Nie wykonałam polecenia. Podszedł do mnie i zatkał mi usta dłonią- Skoro sama nie dasz rady to ci pomogę- zaczął mnie ciągnąć do ściany. Próbowałam się wyrwać i krzyczeć, ale był silniejszy. Udało nam się podejść do budowli. Wtedy moją ręką nacisnął palnik i pojawił się płomień. Chata była drewniana, więc ogień szybko zaczął się rozprzestrzeniać. W moich oczach pojawiły się łzy. Miałam ochotę zacząć wyć, ale wiedziałam że muszę wytrzymać i wrócić do domu. Nie mogę mu dać tej satysfakcji.  Ruszyliśmy. A raczej on ruszył a mnie popychał. Za każdym razem się przewracałam i ledwo wstawałam. Wiedziałam, że już przegrałam.
                                                        ***
Po godzinie  w końcu udało mi się dotrzeć na ganek. Byłam cała zadrapana i posiniaczona. Z nowych ran sączyła się krew.
- Do zobaczenia jutro, suko- powiedział „słodkim” głosikiem Adam. Kiedy usłyszałam, że się oddalił, wtoczyłam się do domu. Od razu podbiegli do mnie moi współlokatorzy.
- Iris! O matko, jak się czujesz?- zapytał Malcolm. Wtedy dałam upust łzom.
- Chcę umrzeć- szepnęłam. Noah mnie przytulił.
- Nie chcesz. Musisz po prostu odpocząć. Chodź- pomógł mi się podnieść- Umyjemy cię i opatrzymy. Potem pójdziesz spać. Potrzebujesz snu- nie stawiałam się. Dałam się zaprowadzić do łazienki. To nie sen był mi potrzebny. Potrzebowałam pistoletu żeby powystrzelać Styles’a i jego ludzi.

                                                        Dean
Obudziły mnie kłęby dymu. Zacząłem kaszleć. Nie wiedziałem co się dzieje.
- Sam- wycharczałem. – Sam!
- Co?- przebudził się i zaczął kaszleć- Co się dzieje? -Rozejrzałem się
- Pali się!- wydusiłem z siebie i zsunąłem się z łóżka.- Trzeba iść po Julian’a i Lucasa! – tez wstał i ruszyliśmy do sąsiedniego pokoju. Podszedłem do brata. – Wstawaj- potrząsnąłem nim. – Wstawaj, pali się!- otworzył jedno oko.
- Co?- zapytał ledwo przytomny.
- Pali się!- podniósł się do pozycji siedzącej.
- Słabo mi- stwierdził.
- Zajebiście!- wykrzyknąłem. Koło mnie pojawił się Sam, który obejmował Julian’a.
- Nie chce się obudzić- powiedział przerażony. Chwyciłem chłopaka z drugiej strony.
- Luke, chodź za nami- ruszyliśmy z stronę wyjścia. Po paru krokach, Luke padł płasko na ziemi.- Cholera!
- Dean, idź po niego. Ja wyciągnę Julian’a. – puściłem ich i wróciłem się po blondyna. Był strasznie wysoki i utrudnił mi zadanie. Jednak udało mi się jakoś w z nim wyjść. Położyłem go na trawie i sprawdziłem czy oddycha. Oddychał. Spojrzałem na dom. Mogliśmy tam spłonąć żywcem. Usłyszałem, ze ktoś za mną łapczywie łapie powietrze. Okazało się, że to Julian.
- Nastraszyłeś nas- stwierdziłem.
- Miałem wizję- wyjąkał. Spojrzeliśmy po sobie z Samem.
- Jaką?- zapytał mój brat.
- Widziałem ten pożar. Widziałem sprawcę.
- Tak? To kto to do cholery zrobił?- warknąłem. Przełknął głośno ślinę.
- Iris .

---------------------
Witam was z nowym rozdziałem. No to Iris jednak to zrobiła, ale na całe szczęście chłopakom nic nie jest. Jak myślicie co będzie dalej? Mogę wam powiedzieć, że chyba będzie ostro xd Bardzo was proszę żeby zostawić komentarz choćby jednym słowem. Wymagam aż tak dużo? Nn pojawi się pewnie w niedzielę. Z góry dziękuję.Btw, jak wam poszło drodzy trzecioklasiści? Ile bd mieć punktów? 
 Opis: Kiedy siostra bliźniaczka Harry'go, Lullaby popełnia samobójstwo chłopak nie wie co ze sobą zrobić. Nie może dopuścić do siebie myśli, że jego ukochana siostra nie żyje, a tym bardziej, że popełniła samobójstwo. Los się uśmiecha do chłopaka. Harry ma okazje podjąć się próby w tajnym projekcie,w  którym będzie miał szansę wejść do umysłu siostry i przemierzyć w nim wszystkie wspomnienia. Czy da radę stawić temu czoła? Co zrobi kiedy okryje mroczne tajemnice? Czy Lullaby naprawdę popełniła samobójstwo?

niedziela, 14 czerwca 2015

Rozdział 8

Dla Natalki za to, że wytrzymała ze mną aż rok :) (obyś wytrzymała dłużej )

Rozdział 8

                                      Iris



Obudził mnie piękny zapach. Otworzyłam oczy i ujrzałam talerz pełen rogalików. Czułam jak ślinka mi leci.
- Nie zasłużyłaś na nie- usłyszałam głos. W rogu mojego pokoju, na fotelu siedział Harry, a w ręku trzymał książkę. Udało mi się przeczytać tytuł. „Zabić drozda”. Sam ją kiedyś czytał, a ja miałam okazje zacząć, ale nigdy nie udało mi się skończyć. Nigdy nie pomyślałabym, że Harry czyta książki, a zwłaszcza o takiej tematyce.- Masz szczęście, że ten grubasek zadurzył się w tobie i przez to dostał jaj. Mimo moich sprzeciwów upiekł je dla ciebie i je tu przyniósł. Zastanawiałem się czy mam go karać, ale tym razem mu daruję. W przeciwieństwie do ciebie.- wlepił we mnie ten swój wzrok. Wepchnęłam rogalika do ust i zaczęłam przeżuwać.
- Możesz mnie sobie karać, ale daj mi proszę dokończyć. Jak mam umrzeć to chcę być najedzona.- zaśmiał się cicho.
- A kto powiedział, że cię zabijemy?- uniósł brew- Jesteś jedną z nas. Myślę, że odpowiednią karą będzie…- podrapał się po głowie i uśmiechnął jakby wpadł na świetny pomysł- Godzinka pod ręką Adam’a- o mały włos a bym się zadławiła rogalikiem.
- Wybieram śmierć.
- Kwiatuszku, to nie ty decydujesz. Skoro kara nie zrobi na tobie żadnego wrażenia to po co cię karać? Tak przynajmniej będę miał pewność, że będziesz przestrzegać dyscypliny. A propos… Co się stało w lesie?- powróciłam do tamtych wydarzeń.
- Nasz cudowny ojczulek postanowił mi wejść do głowy i narobić tam syfu. Chyba nie jestem jego kochaną córeczką- Harry zamarł. Wpatrywał się w jeden punkt w podłodze i wyraźnie coś mu się przypomniało- Co ci jest?- zapytałam. Ocknął się.
- Nic… Nieważne- wstał prędko. – Za godzinę masz się pojawić na placu jak reszta. Wtedy już będę wiedział w jaki sposób cię ukarać- i wybiegł z pokoju zostawiając mnie w osłupieniu.
                                                      Dean
Pakowaliśmy się właśnie do auta. Ten cały prorok miał wizje jakiegoś lasu. A dokładniej Parku Narodowego Marka Twain’a. Od Saint Louis to niecałe 3 godziny. Będziemy tam o zmierzchu. Z oddali ujrzałem nadciągającego Luke’a. A już miałem nadzieję, że się nie pojawi.
- Ja się nim zajmę, Dean- szepnął do mnie Sam i ruszył w kierunku naszego „braciszka”. Kiedy stanęli obok siebie dostrzegłem parę podobieństw. Zagotowało się we mnie. Jak ojciec mógł to zrobić mamie? Przecież ten chłopak jest w wieku Iris. Mama wtedy jeszcze żyła. Miałem ochotę sprowadzić na ziemię mojego ojca i mu wygarnąć. Nigdy nie sądziłem…
- Nie przepadacie za sobą?- zapytał mnie Julian. Odwróciłem się do niego.
- To raczej nie powinna być twoja sprawa. Jesteśmy tu, żeby wybić tamtych gnojków i uratować nasze rodzeństwo. Nie po to żeby mówić o swoich uczuciach jak przyjaciółeczki.
- Owszem, ale myślę, że lepiej by było gdybyś ty i twój brat..- zaczął.
- Przyrodni- poprawiłem go.
- Ty i twój przyrodni brat nie byli do siebie wrogo nastawieni- skończył.- Skoro mamy razem zrobić coś tak niebezpiecznego to wypadałoby jakby każdy każdemu ufał- prychnąłem.
- Ja ufam Sam’owi, on mnie. Ty ufaj temu chuderlakowi, a on tobie. I sprawa załatwiona. – odwróciłem się przekonany, że ujrzę jak bracia się kłócą. Jednak tak nie było. Gadali o czymś, a na ich twarzach widniały uśmiechy. Byłem zbity z tropu.
- Chyba tylko ty masz problem Dean- powiedział Julian i wsiadł do samochodu.
                                                          ***
- I co dalej?- zapytałem kiedy dotarliśmy na miejsce.
- Musimy szukać.
- Ale czego?! – wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Miałem wizje o tym lesie czyli musi tutaj coś być, albo coś się tutaj szykuje. Musimy się rozdzielić- powiedział. Prychnąłem.
- A jeśli nic tutaj nie ma?
- Zawsze jest. Chodź Sam- zwrócił się do mojego brata- Ty idziesz ze mną.
- Nie ma mowy!- wypaliłem- Kto dał ci prawo do decydowania?
- Dean, ty i Sam jesteście doświadczeni. Nie możecie iść razem. A ty jako najstarszy z rodzeństwa lepiej pokażesz Luke’owi co i jak.
- Nie ma mowy- powiedzieliśmy jednocześnie z blondynem.
- Dean, Julian ma racje- odezwał się Sam- Ty żyjesz polowaniami. Lepiej zajmiesz się nim niż ja. Luke, Dean jest jaki jest, ale to świetny łowca. Może cię nienawidzić, ale będzie cię chronił. Chodź, Julian- chwycił broń i ruszył z Julianem na północ. Nie miałem wyjścia. Musiałem iść z tym dzieciakiem. Rzuciłem mu maczetę, a sam chwyciłem za pistolet. Uniósł pytająco brew- Nauczysz się strzelać, a kiedyś dostaniesz tą zabaweczkę do ręki- wywrócił oczami i wziął ode mnie broń- Ej – odbezpieczył broń i oddał parę strzałów w jeden punkt w drzewie, które było dziesięć metrów dalej. Potem zabezpieczył i oddał mi ją.
- Lata praktyki. Nic o mnie nie wiesz- i ruszył na południe. Poszedłem za nim.
- Tata cię tego nauczył?- zapytałem z ciekawości. Uśmiechnął się.
- Przyjeżdżał raz do roku w okolicach moich urodzin i zabierał mnie na mecz koszykówki. Jakoś nie było okazji, żeby mnie tego nauczył- odpowiedział oschle. Nas nigdy nie zabrał na  żaden mecz, a urodziny spędzaliśmy na polowaniach. Nie tylko ty jesteś pokrzywdzony.
- Czemu to robisz?- zatrzymał się.
- Robię co?
- Pierdolisz sobie życie. Czemu nie zostałeś tam gdzie mieszkałeś dotychczas i nie ułożyłeś sobie tam życia na lepsze?
- Bo nic mi tam nie zostało. Zresztą nieważne.- chciał ruszyć dalej, ale złapałem go za ramię.
- Ważne. Chce wiedzieć co cię zmusiło żebyś przypałętał się do nas i robił za brata!
- Naprawdę chcesz wiedzieć?! – wydarł się.
- Tak! Gdybym nie chciał to bym nie pytał, matole!
- Prawda jest taka, że… Dean uważaj- nie zdążyłem się odwrócił na czas. Coś się na mnie rzuciło. Kiedy jasność myślenia mi wróciła zobaczyłem wilkołaka. Na razie był tylko ten jeden, ale kątem oka widziałem jeszcze kilka nadciągających z boku. – Wytrzymaj- krzyknął Luke i gdzieś pobiegł. No Ładnie. Udało mi się sięgnąć po broń i strzelić w czaszkę temu psu. Niestety inni dotarli, a ja miałem tylko kilka srebrnych kul, które mogły je zabić. Otoczyły mnie, więc musiałem strzelać na oślep. Dwa padły, piątka została. A ja nie miałem kul. Rzuciłem pistolet, zmuszony do walki na pięści. Jeden ruszył w  moim kierunku. Usłyszałem wystrzał i padł. I tak samo z kolejnymi. Odwróciłem się i zobaczyłem Luke’a. Chłopak musiał pobiec do impali po broń. Podszedł do mnie - Nic ci nie jest?- zapytał.
- Nie- odpowiedziałem. Julian i Sam przybiegli.
- Właśnie wybiliście gniazdo wilkołaków . Nic wam nie jest?
- Nie. Jakoś daliśmy radę- powiedział Luke. Nie przypisał sobie zasługi.- Kiedy biegłem znalazłem w tamtym miejscu- pokazał na trawę- ten nożyk. Może nam się kiedyś przydać- pokazał mi go, a ja prawie się przewróciłem. Podał mi właśnie zakrwawiony nóż, który niegdyś należał do mojej siostry.
                                                        Iris
Przebrałam się i wyszłam z  domu. Chłopaków nie było. Musieli pracować. Po drodze na plac spotkałam Logan’a z jakimś przystojnym chłopakiem w czarnych włosach.
- Niemożliwe, stary- powiedział Logan do kolegi po czym zauważył mnie- Cześć, Iris. Poznaj Kellin’a- wskazał na czarnowłosego.
- Hej, miło cię poznać- powiedziałam.
- Ciebie również- uśmiechnął się po czym wrócił do rozmowy- Możliwe, możliwe! Sam widziałem. Byłem akurat na patrolu. Była ich czwórka. Dwójka z nich wykurzyła wilkołaków z domu , a pozostali ich wybyli.
- To wspaniała wiadomość, ale jak oni się tu znaleźli? Przecież wilkołaki jak i my nie wychylaliśmy się. Coś mi tu śmierdzi…
- Nie wiem co tu robili, ale znaleźli zgubę Harry’ego. Wtedy po tej wczorajszej akcji.. Harry musiał przez nieuwagę zostawić nóż. Boję się, że jakoś powiążą to z nami.- łowcy w okolicy? Jest nadzieja! Błagam znajdźcie nas.
- Nie ma co się bać. Nie zobaczą miasteczka, a tym bardziej nie dostaną się tutaj- dzięki Logan, bardzo mnie pocieszyłeś. Dotarliśmy na plac gdzie już chyba wszyscy się zebrali. Harry i jego elitka stali na podeście.
- Witam was. Jak pewnie słyszeliście nasi sąsiedzi zostali wymordowani. Z tego faktu jestem niezwykle zadowolony. Jednak martwi mnie fakt, że w okolicy grasują łowcy. Na razie jest ich czwórka. Nie wiem czy wezwą posiłki. Musimy jak najszybciej ich wyeliminować. – z mojego gardła wydobył się cichy pisk. Nie, nie, nie. Muszę ich jakoś powstrzymać. –spotkałem się wczoraj z ojcem. Znamy już sposób na otworzenie bram piekielnych i uwolnieniu całego mroku. Mamy do złamania 10 pieczęci. Za pierwszą weźmiemy się zaraz po zabiciu łowców. Pamiętajcie: Wszystko jest możliwe..
- Bo wszystko zależy od nas!- krzyknęli wszyscy chórem. Harry zeskoczył z podestu. Podszedł do mnie, objął mnie i zaczął prowadzić w stronę ratusza.
- Musisz udowodnić swoją lojalność. Twoją karą będzie osobiste wybicie tych łowców. A jeśli tego nie zrobisz… Tata i Adam się tobą zajmą- przystanęłam.
- Błagam cię, nie karz mi tego robić. – pociągnął mnie dalej.
- Trzeba było być grzeczną dziewczynką i słuchać się braci i tatusia. Poza tym to nie ja to ustalam. To rozkaz prosto z góry, od ojca. Chodź, musimy cię przygotować.
Nienawidzę was, pomyślałam.
A my cię kochamy- rozległ się w mojej głowie głos „ojca”. Za taką miłość to ja podziękuję. 

----------------------------
No i jak tam? Ocenki poprawione? Zadowolone czy też nie? Ja jestem zła tylko o to, że nie wyciągnęłam 6 z wosu i 3 punkty już mi uciekają :/ Dobra, wracając do rozdziału... Podoba się? Mam nadzieję, że tak. NN powinien pojawić się do piątku, chyba, że sprawa z wyświetleniami i komentarzami będzie taka jak do teraz. Bardzo was proszę zostawcie ślad po sobie. Z góry dziękuję.