poniedziałek, 12 października 2015

Rozdział 37



Rozdział 37
                                     Iris


1 dzień.
- Tak, Dean. Tak, na pewno. Będziecie w domu parafialnym? Mhm, dobrze. Będziemy koło północy. Aha, no dobra. Tak, ja też cię kocham. Ty też uważaj na siebie- rozłączyłam się. Od wczoraj nie robimy nic innego jak planujemy. Sześćdziesiąt osób z obozu na szczęście było przeciwko Gabe’owi. Pozostała szóstka gdzieś pojechała i miała wrócić po nas na ostatnią chwilę. My niby mieliśmy cały czas się przygotowywać do walki. Robiliśmy to, ale na swój sposób. Plan nie był trudny, mimo to nadal miałam pewne obawy. Tu nie chodziło o życie garstki ludzi. Tu chodziło o losy całego świata. A gdyby jeszcze tego było mało, tego dnia miał przyjść na świat mój bratanek. W normalnych okolicznościach cieszyłabym się z tego. No właśnie, w normalnych. Oparłam się o ścianę i zjechałam po niej w dół. Byłam taka zmęczona! Nie spałam ostatniej nocy, prawie nic nie jadłam, a mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Nie miałam zamiaru zasypiać, ale to było silniejsze ode mnie.
- Iris?- na parking pod Unicornland podjechał wujek Jim. Uśmiechnęłam się szeroko i rzuciłam się mu na szyję. – Co ty robisz na zewnątrz? –zadał pytanie. Spojrzałam na wejście tego okropnego miejsca.
- To wszystko jedno wielkie oszustwo! I wesz ile tam było rozpuszczonych dziewczynek? Najgorsze miejsce na świecie!- zaczęłam się żalić, a on tylko śmiał się pod nosem- EJ, to nie jest zabawne!- oburzyłam się co wywołało u niego kolejną falę śmiechu.
- A tam bardzo chciałaś tam mieć urodzinki. Tyle marudziłaś, tyle gadałaś… A tu aż tak źle? – pokiwałam głową. Otworzył mi drzwi od swojego jeep’a. Władowałam się na tyle siedzenie, rzucając pluszowego jednorożca obok. Jim zajął miejsce kierowcy i odjechał.
- Jim?- spojrzał na mnie w przednim lusterku.
- Tak?
- Nie powiesz nic tatusiowi o tym, że mi się nie podobało?- uśmiechnął się ciepło.
- Oczywiście, mała. Masz moje słowo.
                                                        ***
- Dean, to moja kolej!- wydarłam się na starszego brata.
- No poczekaj jeszcze chwilę…- i w tamtej chwili jednorożec został mu odebrany przez Sam’a. Średni podał mi pluszaka.
- To jej urodziny, musisz być milszy- Dean skrzyżował ręce na piersi i wydął wargi.
- Całe życie muszę być milszy. – i zaczęli się przekomarzać co zirytowało Jim’a.
- Ciszej!- chwycił pudełko leżące na stole i podał nam je- Zagrajcie w warcaby- nie chcąc mu pyskować, przechwyciliśmy grę  i rozpoczęliśmy zabawę. Jako, że to był mój dzień, mogłam grać z Sam’em, żeby mieć większe szanse na wygraną. I tak się stało, wygraliśmy z Dean’em, akurat w momencie kiedy w pokoju pojawił się zmęczony tata. To wina polowania. Gdy tylko usiadł, zajęłam miejsce na jego kolanach i wtuliłam się w niego.
- I jak spędziłaś, kwiatuszku dzień?- uśmiechnęłam się sztucznie.
- Było fajnie- powiedziałam. Pocałował mnie w czoło.
-To co za rok powtarzamy?- kiedy zrzedła mi mina roześmiał się na cały pokój.
- Nie jesteś zły, że mi się nie podobało?- pokręcił głowa.
- Nie. Mam nadzieję, że to choć trochę ci to wynagrodzi – z plecaka wyciągnął szampana dla dzieci. – Sam- chłopak poleciał do barku i przyniósł 5 szklanek. Tata rozlał każdemu z nas po napoju, dodatkowo podając Jimmiemu i zostawiając sobie butelkę piwa. W telewizorze leciały jakieś głupie kreskówki, ale nikt ich nie oglądał. Przez resztę wieczoru rozmawialiśmy, śmiejąc się co chwile.- Kocham cię, kwiatuszku- odparł tata. Tamtego dnia zdałam sobie sprawę, że takie urodziny były najlepsze. Jim, tata i bracia, stary motel, szampan.
Otworzyłam oczy z trudem powstrzymując łzy. Po tylu latach zdałam sobie sprawę co straciłam. W końcu dotarło do mnie, że moi rodzice naprawdę nie żyją i prawdopodobnie już nigdy ich nie spotkam. Już za kilkanaście godzin miałam być martwa dla dobra świata. Miałam nadzieję, że gdy moja mama również opuści klatkę trafi do nieba i będzie mogła być z ojcem. Liczyłam też, że moi bracia po tej wojnie ułożą sobie życie. No i chciałam, żeby piekło nie było aż tak straszne.
- Iris?- rozległ się w pokoju głos Harry’ego.
- Tutaj jestem- odezwałam się. Rozejrzał się, aż w końcu mnie dostrzegł. Uśmiechnął się i przysiadł na skraju łóżka.
- Szukałem cię. Mamy chwilę przerwy na reszcie.- pokiwałam głową- Wszystko w porządku?- parsknęłam śmiechem, chociaż wcale nie było to radosne.
- A jak myślisz? Nic nie jest w porządku, Harry. – uśmiechnął się smutno.
- My jesteśmy, a to chyba najważniejsze, prawda?- skinęłam głową- Wiesz… Chciałbym, żebyś wiedziała… Jesteś chyba najbardziej wyjątkową osobą jaką w życiu spotkałem- oznajmił.
- A ty chyba najnormalniejszą i tak, to komplement. – prychnął.
- Ale mi to komplement. Myślałem, że zaczniesz mówić jak to strasznie ci się podobam od pierwszego wejrzenia, a tu tylko, że jestem normalny…- chwyciłam z krzesła poduszkę i rzuciłam nią w niego, trafiając go w głowę.- Hej!
- Nie pozwalaj sobie, Styles. To, że jutro umrzemy nie oznacza, że możesz być nie miły- powiedziałam to w żarcie, ale zabrzmiało to bardzo smutno i prawdziwie.
- Czemu poznałem cię tak nie dawno? Oh, Iris. Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczysz- zrobiło mi się ciepło na sercu.
- Kocham cię, Harry. I wiesz co? A skoro za kilkanaście godzin mam być martwa… W dupie mam konsekwencje- wstałam i w ciągu paru sekund wylądowałam na jego kolanach, łapczywie go całując. Zaskoczyłam go trochę, ale nie oderwał się tylko pogłębił pocałunek. Przewrócił mnie na plecy i teraz to on siedział na mnie.
- Iris, ty mała kocico- rzucił na co zachichotałam- Nie spodziewałbym się tego po tobie- ściągnął z siebie koszulkę. Uczyniłam to samo.
- Nigdy nie należałam do najgrzeczniejszym- stwierdziłam- A skoro mam umrzeć to na pewno nie jako dziewica!- posłał mi łobuzerski uśmiech. Zaczął rozpinać klamrę od paska w spodniach.
- Z wielką chęcią ci pomogę się pozbyć dziewictwa. Tylko nie rozpowiadaj wszystkim w piekle jaki z Harry’ego Styles’a jest ogar piekielny!

                                                          ***
Już prawie byliśmy na miejscu. Leżałam wtulona w Styles’a. Te ostatnie godziny razem chciałam spędzić jak najlepiej. Utrudniał mi to ból rozchodzący się po całym ciele. Nie miałam okazji przeczytać zbyt wielu książek, ale to za które okazje miałam się zabrać opisywały pierwsze razy jako coś cudnego i bezbolesnego. Bujda! Gdybym mogła żyć dłużej na pewno nie mogłabym siadać przez najbliższy tydzień! Nie mówię, że seks z Harry’m nie był niczym przyjemnym, no ale… Bądźmy realistami. Nie zawsze wierzcie w to co czytacie. Zajechaliśmy pod kościół. Czekał tam na nas już Sam. Wysiadłam i uściskałam mojego brata,
- Dobrze cię widzieć- powiedział.
- Ciebie też- przedstawiłam go Harry’emu oficjalnie, Quinn’owi, Logan’owi i Noah’owi. Reszta pojechała na wyznaczone pozycje. Mój brat zaprowadził nas do domu parafialnego. Na korytarzu spotkaliśmy kilka aniołów. Tak, to była również ich wojna i chcieli nam pomóc. Oprócz nich był jeszcze Julian, brat Noah’a. Kiedy tylko zobaczył młodszego popędził ku nam i zanim młodszy zdążył zaprotestować, Julian wziął go w objęcia. Noah odwzajemnił uścisk.
- Tęskniłem za tobą. Dobrze, że jesteś cały- wymruczał Julian. Uśmiechnęłam się na ten widok. Sam dał mi znak, żeby zostawić ich samych. Logan chwycił najmłodszego za ramię i poprowadził za nami. W jednym z pomieszczeń zastałam Luke’a, leżącego na łóżku. Był blady i słaby. Oddychał ledwo i spał. Koło jego łóżka, na wózku inwalidzkim siedział Jimmy. Jak najciszej się dało podbiegłam do niego i mocno go przytuliłam.
- Powinienem dać ci szlaban za to znikanie- mruknął, a ja się zaśmiałam przez łzy. – Strasznie się o ciebie martwiłem.
-  A ja o ciebie… Jimmy tak mi przykro z powodu…- uciszył mnie gestem ręki.
- Proszę, nie użalaj się nade mną. Wiesz, że tego nie lubię. – popatrzył na Harry’ego, który jako jedyny poszedł za mną. Dwójka pozostałych poszła gdzieś z Sam’em.- Mam rozumieć, że to twój kochać- Harry podszedł do nas i wyciągnął ku niemu dłoń.
- Harry Styles- Jim odwzajemnił gest.
- Jim Singer, miło mi. Nie to, ze nie chciałbym z wami spędzić trochę czasu, ale Dean musi jechać, a chce wam na chwilę powierzyć swoją kobietę- pokiwałam głową na znak zrozumienia i pociągnęłam za sobą Harry’ego parę pokoi dalej. Dean trzymał Arię, która miała ogromny brzuch i kołysał ją. Odchrząknęłam. Anielica posłała mi uśmiech. Dean z wielką niechęcią puścił ją i pocałował. Podszedł do nas.
- Musze jechać. Mam nadzieję, że zajmiecie się nią przez tą godzinkę czy dwie. Szczególnie liczę na ciebie- zwrócił się do Styles’a. Ten skinął mu głową.
- Nie martw się. Nie pozwolę ich skrzywdzić- Dean posłał mu uśmiech. Potem przeniósł wzrok na mnie. – Odprowadzisz mnie?- ruszyłam za nim. Kiedy zostaliśmy sami i zmierzaliśmy do wyjścia Dean zapytał jak się mam.
- Jestem gotowa to zrobić. Mam nadzieję, że to poświęcenie nie pójdzie na marne. A co u ciebie, Dean? Niedługo zostaniesz ojcem, cieszysz się?- w moim głosie nie dało się usłyszeć ani jednej nutki radości.
- Wolałbym, żeby to było innego dnia, ale no cóż. Takie życie- z trudem powstrzymywałam prychnięcie.
- Tak, takie życie- mruknęłam. Przystanął.
- o co chodzi?
- O nic?- wywrócił oczami.
- Nie jestem debilem- zacisnęłam pięści.
- O nic nie chodzi. Chodź już, musisz jechać- złapał mnie za rękę.
- Powiedz o co chodzi. – zamknęłam oczy. Tylko się nie rozpłacz…
- Niedługo będę martwa, a osoby na których najbardziej mi zależało przez całe moje życie mają mnie w dupie- z moich oczy wyleciało parę łez. Usłyszałam jak bierze głęboki oddech.
- To nie tak- posłałam mu rozdrażnione spojrzenie. Pojawił się Sam, który z zaciekawieniem nam się przyglądał.
- A jak? Wiem, że mamy na głowie Apokalipsę, a tobie zaraz urodzi się pierworodny. Wiem, że za parę dni wasze życie stanie się normalne i bardzo się cieszę z tego powodu, ale…- głos mi się załamał i na dobre się rozpłakałam- Potrzebuję was. Wiem, że musicie jechać, ale nie pożegnacie się nawet, a to pewnie nasze ostatnie spotkanie- ukryłam twarz  w dłoniach, a Sam wziął mnie w ramiona.
- Boże, głupolu, uspokój się, bo ja zaraz się rozpłacze- objął mnie jeszcze mocniej- Jesteś moją małą bohaterką, wiesz? – pokręciłam głową- Oj, jesteś, Iris. I chcę, żebyś wiedziała, że jako twój starszy brat kocham cię bardzo mocno.
- Ja ciebie tez kocham- pocałował mnie w czoło i odsunął się, robiąc miejsce Dean’owi. Ten obserwował mnie ze smutkiem.
- Przepraszam, że cię zawiodłem- podszedł i mnie przytulił.
- Nie zawiodłeś. Nigdy, mimo wszystko.
- Przepraszam, ze dopuściłem do tego. I przepraszam za twojego kolegę. Wiem, że to przeżyłaś strasznie…
- Wybaczyłam ci. I kocham cię, bo jesteś moim braciszkiem- uśmiechnął się.
- A ty jesteś moją małą siostrzyczką i też cię kocham- Sam ponownie nas przytulił i staliśmy tak przez parę minut. W końcu się oderwaliśmy.
- Skopcie im tyłki- posłałam im szeroki uśmiech.
- Taki mamy plan. Trzymaj się młoda.
- Wy też- i każdy poszedł w swoją stronę. Usiadłam Harry’emu na kolanach. – Zaśpiewaj to co właśnie nuciłeś. – wywrócił oczami, ale wykonał moje polecenie.
-Każdy ma swoje demony
Zarówno na jawie jak i we śnie
Jestem osobą, która kończy odejściem,
Czyni to dobrym
Widzę wojnę, chcę walczyć
Widzę zapałkę, chcę ją zapalić
Każdy pożar, który rozpaliłem,
Wyblakł do szarości.

Ale teraz jestem złamany,
Teraz to wiesz,
Złapany w chwili
Widzisz to od środka?

Bo mam ulotne czarne serce
I pod nim jest huragan,
Próbuje nas rozdzielić
Przybywam z długopisem trucizny
Ale te chemikalia żyją wśród nas,
Są powodem aby zacząć od nowa

Teraz trzymam się przy drugim życiu
Nie ma mowy o tym, aby cofnąć czas
Może nic nie nastąpi po północy,
To może sprawić, że zostaniesz

Ale teraz jestem złamany
Teraz to wiesz,
Złapany w chwili
Widzisz to od środka?

Bo mam ulotne czarne serce
I pod nim jest huragan
Próbuje nas rozdzielić
Przybywam z długopisem trucizny
Ale te chemikalia żyją wśród nas,
Są powodem aby zacząć od nowa

Krew w moich żyłach
Składa się z błędów.
Zapomnijmy o tym kim jesteśmy i zanurzmy się w ciemności
Tak jak wybuchniemy w kolorze, zwrócimy się do życia.

Bo mam ulotne czarne serce
I pod nim jest huragan
Próbuje nas rozdzielić
Przybywam z długopisem trucizny,
Ale te chemikalia żyją wśród nas,
Są powodem aby zacząć od nowa,
Aby zacząć od nowa
[5 seconds of summer- Jet black heart]
                                                                ***
Obudził nas krzyk. Otworzyła szeroko oczy i zobaczyłam jak Aria zwija się z bólu.
- Co się dzieje?- zapytałam.
- To już – dostrzegłam przerażenie w jej oczach. Cholera! Nie umiałam przyjmować porodu!
- Harry, przynieś jakieś ręczniki- rozkazałam mu. Chwyciłam leżące prześcieradło. Kazałam dziewczynie przyjąć odpowiednią pozycję, a prześcieradło umieściłam na jej nogach. – przyj- posłusznie wykonała moje polecenie. Trochę było widać główkę. – Dawaj dalej, nie przestawaj- dosyć dzielnie to znosiła. Z każdą chwilę dziecko wysuwało się na powierzchnię.
- Nie znalazłem ręczników, ale mam…- rozległ się głos Harry’ego- Iris, uważaj!- zanim zdążyłam zareagować zostałam odepchnięta. Ujrzałam anioła ciemności. Jak mogłam być taka nieostrożna. Kobieta trzymała w ręce nóż i wymierzyła w Arię. W momencie kiedy ostrze miało zatopić się w szyi anielicy, inny anioł poświęcił się i przyjął cios. Nastąpił głośny grzmot. Anielica ciemności roześmiała się odleciała. Domyślałam się co to oznaczało. Dziesiąta pieczęć została złamana. Zostało parę minut do trzeciej. Nie miałam nic innego do roboty ja zrzucić trupa z dziewczyny i pomóc jej dokończyć sprawę. Minutę przed północą dziecko wyszło na świat całe i zdrowe. Był podobny do mojego brata. Podałam jej go.
- Jak się nazywa?- zapytałam. Uśmiechnęła się.
- Lucas- przytuliłam się do Harry’ego.
- Gratulacje.- i wybiła trzecia. Ziemia zaczęła się trząść. W oknie ujrzeliśmy jak się rozstępuje Zanim zdążyliśmy zareagować nastąpiła eksplozja. Odrzuciło nas, a świat pogrążył się w czerni.

 ----------------------------------
Przepraszam za zepsucie rozdziału, ale z trudem go pisałam. To już prawie koniec... Co sądzicie? Błagam, komentujcie, to naprawdę bardzo ważne. Ostatni rozdział pojawi się w czw/pt a epilog w nd/pon :( 

czwartek, 8 października 2015

Rozdział 36

Włącz: Rihanna "American Oxygen"

Rozdział 36

                                       Iris


3 dni.
Patrzyłam w lustro na dziewczynę, która przypominała mnie. Te same lodowate, niebieskie oczy, ozdobione wyzywającym makijażem, te same długie blond włosy, ta sama twarz. Mimo to nie byłam już ja, dawna ja. Dużo myślałam ostatniej nocy i doszłam do jednego, trafnego wniosku.
W końcu dojrzałam
Myślałam, że już dawno to nastąpiło. W końcu przeżyłam śmierć obojga rodziców, miałam dwóch starszych braci, którzy mieli duży udział przy moim wychowaniu, wyrastałam jako łowca potworów, znając większość okropności tego świata. Uważałam się za wielką dorosłą zanim jeszcze skończyłam osiemnaście lat. Wtedy udawałam twardą laskę, która zna życie lepiej niż kto inny. Głupie, prawda?
Ale teraz już wiedziałam, że to tylko urojenia.
- Idziesz, Iris?- zapytał Quinn. Odwróciłam się i posłałam mu uśmiech.
- Idź już, zaraz cię dogonię- młody odwrócił się i wyszedł z mojego pokoju. Ostatni raz rzuciłam okiem na siebie.
Byłam zmęczona tą ciągłą walką, jednak ją dokończę. I wygram. Potem odpocznę. Wezmę ze sobą Dean’a i Sam’a, bo oni tez na to zasługują. Oczywiście nie zapomnę o Noah’u i jego bracie, Logan’ie, Quinn’ie i Lucasie. No i o Harry’m. Kochałam go szczerze. I zamierzałam walczyć o naszą miłość. Do ostatniego oddechu, do ostatniej kropli krwi.
                                                          ***
Logan posłał mi złośliwy uśmiech, który oczywiście odwzajemniłam.
- No dawaj blondyneczko. Pokaż na co cię stać- zakpił. Zadałam pierwszy cios, który ledwo zablokował.
- Lepiej skończ gadać, a skup się na uderzaniu – odparłam i wyprowadziłam kolejny cios, który trafił go w ramię.
- Ja nie bije dziewczyn- stwierdził, czekając na kolejny cios.
- To lepiej zacznij – trening zleciał nam bardzo szybko. Zanim się obejrzałam leżałam w swoim łóżku i odpoczywałam do obiadu. Nie byłam długa sama. W końcu przyszedł Harry i zajął miejsce koło mnie, przyciągając mnie do siebie i całując czubek mojej głowy.
- Czuję się zazdrosny- mruknął do mojego ucha.
- O kogo?- spytałam zaskoczona. Kto mógłby robić konkurencje dla Harry’ego Styles’a?
- Widziałem jak ty i Logan na siebie patrzycie…
- Co? Przecież nas nic nie łączy. My tylko- zaczęłam mówić rozgorączkowana, ale spojrzałam na niego i zobaczyłam jego minę. Robił sobie ze mnie jaja. Prychnęłam. – Zabawne.
- Dla mnie bardzo. Jaka szkoda, że nie ma tu żadnej dziewczyny poza tobą i nie możesz mi robić scen zazdrości- przekomarzał się dalej.
- Oh, oczywiście, że mogę. Jest tutaj 64 przystojnych chłopców, jest w czym wybierać, na pewno któryś przypadł ci do gustu- z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Proszę cię. Nie mów tak, Iris- uniosłam brew.
- Twój najlepszy przyjaciel jest gejem, a ty ich nie tolerujesz?- westchnął.
- To nie tak… Szanuje ich związek, niech będą sobie razem, ale… Ale ja nie mógłbym być gejem. Kobiety to zbyt wspaniałe istoty, żeby poświęcić je dla faceta- te słowa wywarły na mnie wrażenie.
- Aż miło cię słuchać jak mówisz takie rzeczy- wywrócił oczami i musnął moje usta.
                                                        Dean
Zostały tam mało czasu, a my nie mieliśmy praktycznie nic. Iris nie dzwoniła jak obiecała. Martwiłem się o nią. Julian, Jim, Sam i ja cały czas przeglądaliśmy wszelkie książki w których mogłoby coś być na ten temat. Luke czuł się z każdym dniem coraz gorzej, więc nie chcieliśmy go ganiać. Informacji było dużo, ale tych konkretnych, tych co potrzebowaliśmy nie było prawie wcale.
- Chyba coś mam- odezwał się Sam po godzinnych poszukiwaniach.- W dzień Armagedonu, Kiedy Lucyfer wyjdzie z klatki z piekła, zabierze ze sobą cały ogień, który ogarnie ziemię, a także każdą duszą pragnącą zemsty za zesłanie do piekieł- czytał- 66 dzieci ma służyć Lucyferowi i tworzyć jego prywatną armię. – zamilknął- Jest zmianka o Iris.
- To czytaj! – powiedziałem niespokojny.
- Dwójka z nich, mężczyzna i jedyna kobieta , prawowici potomkowie Adama i Ewy, mają do odegrania kluczową rolę, stając najwyżej u boku Lucyfera i dając mu na świat nowe, złe potomstwo.
- Co to znaczy?- oburzyłem się. Julian odchrząknął.
- Kiedyś miałem wizje ślubu w ogniu. To chyba chodzi o to, że Iris i Harry mają złożyć ślubowanie w dniu Apokalipsy- o mało nie zachłysnąłem się własną śliną.
- I dopiero teraz nam o tym mówisz?! Poza tym skąd, wiesz, że to akurat z nim…?
- Z tego co się orientuje to oni są razem- odpowiedział, a mnie o mało krew nie zalała- On ją kocha, nie pozwoli jej skrzywdzić.- poczułem złość w stosunku do niego.
- Czy jest coś jeszcze co ukrywasz?- warknąłem. Popatrzył na mnie smutny.- I ja ciebie miałem za przyjaciela? Ile jest tych kłamstw?
- Dean, uspokój się. Sam, przeczytaj dalej, a dowiecie się- Sam niepewnie popatrzył na mnie po czym przeszedł to tej czynności.
- Po tysiącach lat w klatce Lucyfer stracił swoje ciało. Jego dusza potrzebuje ciała proroka, który widział wszystko co dotyczyło Apokalipsy…- popatrzyliśmy na niego. Uśmiechał się smutno- Lucyfer ma posiąść twoje ciało?
- Na to wygląda.
- Wiesz, że nie pozwolimy mu na to?- popatrzył na mnie.
- Wiesz, że to konieczne?
- Chcesz się tak po prostu mu oddać, tak bez walki? Co się z tobą dzieje?- nie zamierzałem ustąpić.
- Oni zrobią wszystko, żeby mnie zdobyć. Chce, żeby obyło się bez ofiar.
- Jeśli Lucyfer posiądzie twoje ciało cały świat może zginąć- przyłączył się Sam.
- A ja musze stanąć po stronie Jualin’a- powiedział Jimmy- Jest silny, śmiało może podrzucać Lucyferowi błędne wizje.- jeszcze dyskutowaliśmy na ten temat, ale w końcu ustąpiliśmy.
- Sam jest coś jeszcze?- Sam rzucił okiem na tekst. Cały pobladł.- Co się stało?- podał mi książkę.
- Sam zobacz, bracie.
                                                            Logan
2 dni.
- Gdzie ty debilu trzymasz te cholerne dokumenty?!- mruknąłem sam do siebie. Bruno wysłał mnie w poszukiwaniu jakiś dokumentów ponad godzinę temu i nadal ich nie znalazłem. Harry przynajmniej miał wszystko poukładane… Usłyszałem dialog na korytarzu i się przeraziłem. Pierwszym rozmówcą był Bruno. On mnie zabije jak mnie tu zastanie po takim czasie! Natomiast drugim rozmówcą był… Jeszcze gorzej. Gabe we własnej o sobie. Nie chcąc czekać ani chwili dłużej, wpakowałem się do szafy. Sekundę później weszli oni. Zamknąłem oczy.
- Whisky?- zapytał młody starszego.
- Chętnie- na chwilę zapadła cisza- Zdajesz sobie sprawę jak to jest poważne?
- Oczywiście. Byłbym głupcem gdyby sobie nie zdawał sprawy- odpowiedział jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.
- Kiedy Lucyfer był jeszcze archaniołem był moim mentorem. Wiele mnie nauczył. Mimo, że stałem po jego stronie udało mi się uniknąć klatki, strącili mnie po prostu, odbierając mi wszystko co z wiązane z aniołami. No prawie wszystko, ale to nie ważne. Obiecałem mu, że pomogę mu się wydostać i słowa zamierzam dotrzymać. Tylko pech chciał, że straciłem kontrolę nad prawie każdym moim dzieckiem- walnął pięścią o stół. – A teraz słuchaj uważnie , bo nie powtórzę. To jest wszystko co musisz wiedzieć na temat tego wszystkiego- przez jakiś czas siedziałem w szafie i słuchałem, tracąc wszelkie nadzieje.
                                                                ***
Oni niczego nie byli świadomi. Bruno wraz ze swoją wierną świtą pojechali do miasta i mieli wrócić wieczorem. Cała reszta teraz siedziała na stołówce i wesoło obradywała. Nikt nie przejął się mną i moim stanem. Nikt nie był świadomy jakie złe wieści przynoszę. Dopiero Harry , kiedy przechodził koło mnie skapnął się, że coś jest nie tak.
- Dobrze się czujesz?- spojrzałem mu w oczy.
- Mam informacje dotyczące apokalipsy – i nagle zrobiła się cisza, choć nie powiedziałem tego głośno.
- Od kogo?- zapytał Zayn.
- Podsłuchiwałem rozmowę Gabe’a i Bruna.
- I czego się dowiedziałeś?- spytał ktoś kogo imienia nie mogłem sobie przypomnieć.
- Gabe był kiedyś aniołem i zwolennikiem Lucyfera, ale jedyna kara jaka go spotkała to strącenie. Potrzebował 66 „dzieci”, które mają stworzyć armię dla Lucyfera. Sześćdziesiąt cztery przypadki były losowo wybierane. Dwa mają swoją misję do wykonania- spojrzałem na Styles’a i Iris- Musicie zawrzeć śluby przed Szatanem, bo jesteście którymiś tam z kolei potomkami Adama i Ewy. Was nie można zastąpić, dlatego tak was chronimy.
- Jest jakiś sposób, żeby uniknąć apokalipsy?- zapytał zaniepokojony Liam. Pokiwałem głową.
- Przede wszystkim musimy nie dopuścić do złamania dziesiątej pieczęci. Jeśli niestety nam się nie uda, Julian, prorok Boży- rzuciłem współczujące spojrzenie mojemu chłopakowi- Nie może zostać użyty jako ciało dla Lucyfera. Nikt inny tez nie może, bo nie jest powiedziane, że to koniecznie musi być prorok.
- A co jak nic z tego nie wypali?- zapytał Harry.
- Jest coś co na pewno powstrzyma apokalipsę – usłyszałem radosny szepty. Atmosfera polepszyła się, choć nie wiem dlaczego.
- Mów co!
- No właśnie, co to takiego?
- No, Logan, weź powiedz.
- Logan, co to jest?- zapytała w końcu Iris. Otworzyłem oczy i popatrzyłem na nią smutno.
- Wszyscy musimy być martwi.
---------------------
Szkoda, że sytuacja z komentarzami się nie poprawia :/ No dobra, muszę się w końcu przyzwyczaić, ze tak jest. Co sądzicie o rozdziale? Spodziewałyście się tego? Nn pojawi się do poniedziałku, prosze o komy ;p